Obóz w Zeithain powstał w 1941 r. dla jeńców sowieckich. W lutym 1943 przemianowano go na obóz szpitalny – oddział Stalagu IV-B w Mühlbergu. We wrześniu 1943 osadzono w nim włoskich Udział jeńców wojennych w rozminowaniu Polski Po zakonczeniu II wojny swiatowej Armia Czerwona poszukiwała saperów we wszystkich niemieckich obozach jenieckich. Znalezionych saperów kierowano do rejonów rozminowywania w okolicach Frankfurtu nad Odrą i Gubina, gdzie zadania rozminowania od czerwca 1945 r. prowadzia 1 Brygada Inżynieryjna Specjalnego Przeznaczenia 1 Frontu POKAŻ WSZYSTKIE PYTANIA. W czasie II wojny światowej Niemcy utworzyli sieć około 12 tys. obozów i więzień, zarówno na terenie własnego kraju, jak i krajów podbitych. Do niewoli wzięli około 18 mln osób z 30 krajów. Część z nich była jeńcami wojennymi, osadzonymi w różnych obozach koncentracyjnych, bądź w specjalnych Ofiary represji niemieckich. Dokumenty na temat represji i zbrodni niemieckich, popełnionych na Polakach i obywatelach innych narodowości w latach 1939–1945, znajdują się w przejętych przez Instytut Pamięci Narodowej – Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu materiałach zgromadzonych przez jego poprzedniczkę, tj Liczba stron. ok. 20–60. na jedną cześć. ISSN. 1505-0122. Gazety wojenne – polski magazyn o tematyce II wojny światowej, wydawany w latach 1998–2000, bogato ilustrowany. Ten artykuł od 2020-04 wymaga zweryfikowania podanych informacji. Należy podać wiarygodne źródła, najlepiej w formie przypisów bibliograficznych. Tłumaczenia w kontekście hasła "z byłych jeńców" z polskiego na angielski od Reverso Context: Składała się z byłych jeńców indyjskich na Dalekim Wschodzie. . Odnaleziono imienną listę rosyjskich jeńców wojennych pochowanych w Bytowie podczas I wojny światowej. Sprawa ta może mieć międzynarodowe reperkusje, ponieważ jeniecki, wówczas bezimienny cmentarz, w latach 80. zniszczono. Jest tam teraz nekropolia komunalna - pisze Andrzej Szutowicz, miłośnik historii, który przyczynił się do odkrycia o listę 302 rosyjskich jeńców wojennych z armii carskiej, którzy przebywali w niemieckim obozie w Bytowie. Spoczęli na cmentarzu, przez kilkadziesiąt lat anonimowo. Odkrycie jest szczególnie ważne dla Rosjan. Rodziny pochowanych odnajdą został odnaleziony całkiem przypadkowo w Archiwum Państwowym w Koszalinie, podczas prac badawczych prowadzonych przez Andrzeja Szutowicza, miłośnika historii, współpracującego z redakcją "Dziennika Bałtyckiego".- To z pewnością historyczna sensacja! - ocenia Gerard Czaja, były senator, mieszkaniec Bytowa, pasjonat lokalnej historii - Powinna się o tym dowiedzieć strona rosyjska. Przecież dotychczas były tam groby bezimienne. Uważam, że teraz należałoby wykonać przynajmniej tablicę z nazwiskami wszystkich pochowanych "Dziennika Bałtyckiego" powiadomiła Konsulat Generalny Rosji w Gdańsku, przekazując opis sprawy i materiał Przekażemy te informacje konsulowi i naszemu wydziałowi zajmującemu się cmentarzami. Będziemy w kontakcie - powiedziała pracownica Szutowicza, miejsce pochówku jeńców wojennych powinno być upamiętnione przynajmniej stosowną tablicą z nazwiskami. - Takiego odkrycia nie można lekceważyć. W przypadku cmentarza Orląt Lwowskich to strona polska finansowała upamiętnienie pochowanych. Sądzę, że w tym przypadku zainteresowana powinna być strona rosyjska. My możemy pomóc - deklaruje Ryszard Sylka, burmistrz Bytowa.***W latach 1914-1916 istniał na terenie Bytowa cmentarz wojenny, na którym spoczywali żołnierze armii carskiej wzięci do niewoli w czasie działań wojennych I wojny światowej. Byli oni jeńcami wojennymi przetrzymywanymi w obozie jenieckim (Kriegsgefangene im Lager Bütow). Według dotychczas nieudokumentowanej opinii, obóz ten miał powstać w miejscu, gdzie istniał obóz dla jeńców francuskich z wojny w latach 1870-1871, którzy mieli być zatrudnieni przy budowie bytowskiej kolei. Jedyne, co konkretnego wiadomo o obozie z lat Wielkiej Wojny, to informacja autorstwa Józefa Lindmajera zawarta na str. 167 "Historii Bytowa". Otóż został on założony w połowie sierpnia 1914 roku, a pierwszymi jego jeńcami byli członkowie załogi rosyjskiego statku internowanego w Gdańsku. W miarę rozwoju sytuacji wojennej jeńców przybywało, pogarszały się też warunki życia. Był to wówczas jeden z 21 niemieckich obozów jenieckich usytuowanych na ziemiach dzisiejszej Polski. Natomiast numizmatycy twierdzą, że nie był to jeden obóz, lecz dwa - oficerski (Offiziergefangenlager) i dla szeregowych (Kriegsgefan-genlager), które tylko sąsiadowały ze sobą. Potwierdzeniem tego ma być fakt, że na potrzeby jeńców bita była specjalna moneta, przy czym inny wzór był dla oficerów, a inny dla szeregowych. Miała ona moc nabywczą tylko na terenie konkretnego dowodem na istnienie obozu żołnierskiego są dzienniki byłego jeńca Wasilija Kuźniecowa. Jednak w skąpych źródłach niemieckich obóz widnieje jako oficerski. Według "Kuriera Bytowskiego" (Stare fotografie, "Obóz przy ul. Gdańskiej"), teren obozowy miał być usytuowany między dzisiejszymi ulicami Gdańską i Lęborską. Tak się złożyło, że w ostatnim okresie udało się znaleźć zdjęcia z okresu jego budowy, na których widać, że powstawał niemal od podstaw. Organizacyjnie znajdował się na terenie podległym XVII Korpusowi Armijnemu, gdzie inspektorem był gen. por. Böhm. Temu samemu inspektoratowi podlegały obozy oficerskie w Grudziądzu, Brodnicy i Gniewie oraz dla szeregowców w Gdańsku, Tucholi, Czersku i Czarnem. Znane jest nazwisko komendanta. Był nim mjr Matten. Niestety, nadal nic nie wiadomo o historii obozu i jego carska miała w swoich szeregach żołnierzy o narodowościach wchodzących w skład imperium, dlatego w obozie przebywali Polacy i - co dla Bytowa jest równie ważne - także Ukraińcy. Istnieje niemieckie źródło, w którym podaje się, że w Bytowie przetrzymywano 366 oficerów i 138 szeregowych narodowości francuskiej. Zanim wojna się skończyła, armia carska w wyniku dwóch rosyjskich rewolucji rozpadła się. Fragment jenieckiego pamiętnikaNa stronie internetowej zacytowany jest fragment pamiętnika, który wydrukowany został w rosyjskim biuletynie ministerstwa wojny "Rosyjski inwalida" (ukazywał się od 4 września 1915 r.) Pamiętnik ten prowadził podczas pobytu w niewoli w Niemczech żołnierz 6 kompanii siemienowskiego pułku Wasylij Kuźniecow. Wydrukowane wspomnienie odnosi się bezpośrednio do pobytu autora w obozie w Bytowie. Po przeniesieniu w inne miejsce Kuźniecowowi udało się uciec do lutego 1915 do miasta Bytów, gdzie rozmieszczono nas w barakach. Ścisk straszny. Każdemu dali wysoki numer. Mnie 13094. Czuję się bardzo źle. Wokół wszystkich baraków ciągnie się ogrodzenie z drutu kolczastego. W środku tego miasteczka jenieckiego stoi areszt, gdzie są wystawione dwa karabiny. Ich lufy patrzą na nas. Po terenie chodzą niemieckie patrole. 1 marca 1915 za życie, naprawdę ciężkie. Poumieszczali nas w baraku. Człowiek leży na człowieku. Dali jeden koc i jeden worek na dwie osoby. Wszystkie tak zawszone, że w nocy trudno usnąć. Do północy walczymy ze wszami, a potem przychodzi zmęczenie i na kilka godzin zapadamy w senny letarg. Rano, po przebudzeniu, ponownie rozgniatamy te pasożyty. Na ciała niektórych nie można patrzeć, tak są ubabrane we Bogu. Czuję się teraz dobrze. Trzy dni ledwo powłóczyłem nogami. Było to nawet lepsze, bo nie czułem tego głodu, jaki teraz mam. Myślę, że zjadłbym Niemca z kośćmi. Sława Bogu. Teraz posiliłem się. Diabeł jedynie wie, z czego był ten obiad. U nas w Rosji lepiej karmi się świnie. Nasz obiad składał się z przegotowanej wody i z nieczyszczonej marchewki. Pół kilo chleba jest wydawane rano i ma starczyć na cały dzień. Można go zjeść od razu, jak dobry placek. Chleb pieczony jest w połowie z ziemniaka. Niemcy podczas wzięcia do niewoli zabrali wszystko, co im się podobało. Jeśli rosyjski żołnierz nie chciał tego dać, wówczas Niemiec nastawiał w jego kierunku bagnet i otrzymywał, co marca 1915 r. Dziś był spacer. Niemiec feldfebel krzyczy na nas niemiłosiernie jak rozwścieczony indyk. Krzyczał dlatego, że źle chodzimy. Jak mam chodzić dobrze, kiedy jestem głodny jak pies? Połaziłem 15 minut i osłabłem. 9 marca 1915 r."Lisica i we śnie widzi kury"; my w tym prześcigamy nawet lisy. Kładziemy się spać, a we śnie od jedzenia aż ślina cieknie. We śnie zawsze marzę, że jestem w domu i koniecznie coś muszę jeść. Odnoszenie się do nas Niemców jest bardzo surowe: za to, że paliło się w baraku - 10 dni srogiego aresztu; za to, że chciał ktoś zabrać marchew z kuchni - 7 dni ścisłego aresztu, a za to, że nie słuchało się starszego, którego Niemcy nazywają kapralem - 14 dni marca 1915 może przyjdzie czas, że nie będę miał sił na pisanie. Siły słabną nie z dnia na dzień, ale z godziny na godzinę. Spacery są codziennie. Jeńcy chodzą jedną milę wzdłuż drutów. Unikam tych spacerów. Chowam się w baraku i czekam do marca 1915 nie mogą uwierzyć w to, do czego doprowadził Niemiec rosyjskiego jeńca. Dla przykładu, po obiedzie niektórzy chodzą i zbierają resztki jedzenia, np. zgniłe ziemniaki i kości, by nabić swój zgłodniały żołądek byle czym. Niektórzy zbierają w szambie, by wybrać coś, co według nich nadaje się do jedzenia, a przy tym smród jest niemiłosierny. Dziś Niedziela Palmowa. Tak się chce być w takie dni w domu. 21 marca 1915 dwa miesiące, jak jestem w niewoli. Większość Niemców bije jeńców bez konkretnej przyczyny. Dziś byliśmy na odwszeniu. Przesiedzieliśmy nago pod jednym kocem od 6 rano do 12. Trzeci raz wzięli nas do podskórnego wtryskiwania. O Boże! Kiedy będzie pokój? Jeśli wojna przedłuży się jeszcze miesiąc, dwa, to nie przyjdzie dożyć do zawarcia marca 1915 Panu doczekałem święta Zmartwychwstania Chrystusa. Niemcy w ten wielki dzień nakazali nam myć podłogę w pustym baraku. Dodatkowo przyszło przebierać brukiew…O godzinie 4 rano dali nam czarną kawę, o godzinie 7 wydali po pół bochenka chleba. Ja nie wiedziałem, co zrobić z chlebem, czy zjeść go od razu, czy zostawić do obiadu. Zostawiłem do obiadu. O 11 godzinie przyszli z pracy w kuchni koledzy i przynieśli zamarznięte brukwie, te, które i ja przebierałem. Na obiad była woda z ryżem i po jednej śliwce na jeńca. Przez całe swoje życie pamiętać będę te święta Paschy. 26 marca 1915 nie patrząc na święto Świętego Zwiastowania, naszych podoficerów razem z podchorążymi zmuszono do maszerowania gęsim krokiem i skakania za to, że spalili wkład materaca, by ugotować wrzącą wodę. Dziś nikt nie dostał chleba. Wieczorem załadowano nas do wagonów i wywieziono na roboty. Niektórzy jeńcy krzyczeli głośno: "Zastrzelcie nas lub dajcie nam jeść!".29 marca 1915 o godzinie przyjechaliśmy do zajętych przez Niemców Suwałk. Zakwaterowano nas w koszarach 17 strzeleckiego pułku…Po przeniesieniu w inne miejsce autorowi pamiętnika udało się uciec do cmentarz - zostały kościPo obozie pozostał ślad w postaci cmentarza. Pochowani byli na nim żołnierze różnych wyznań. Przeważali prawosławni. W rzędzie pierwszym z lewej strony (wzdłuż płotu od strony PKS) wyróżniały się mogiły żołnierzy żydowskiego pochodzenia - tylko one miały betonowe nagrobki. W ich stojące macewy wkomponowano marmurowe białe płyty, na których obok gwiazdy Dawida widniały wyryte napisy w języku hebrajskim. Ciekawe, że nagrobki te przetrwały okres hitlerowski. Około roku 1970 ktoś zabudował drewnianym szalunkiem znajdującą się w trzecim rzędzie mogiłę i postawił prawosławny drewniany krzyż. Mówiono, że zrobiła to jakaś osoba bliska dla spoczywającego tam rosyjskiego żołnierza. Miała podobno przyjechać z ówczesnego ZSRR. W tym czasie cmentarz był zadbany, wręcz schludny. Spełniał także rolę edukacyjną, gdyż często porządkowali go uczniowie bytowskich szkół podstawowych. Potem od tego zwyczaju odstąpiono. Symptomem końca cmentarza były zacierające się tabliczki nagrobne. Cmentarz istniał do czasu, aż na sąsiednim komunalnym zrobiło się ciasno. Wówczas - mowa o latach 80. ubiegłego stulecia - zapadła decyzja o jego likwidacji. Ówczesne władze jakby się z tym spieszyły. Zwyciężyły wygoda, ekonomia i bezduszność, a może i zwykła ludzka złośliwość. Mimo indywidualnych prób uratowania cmentarza, podjętych na tzw. warszawskim szczeblu, został on doszczętnie zniwelowany, lecz mimo upływu czasu nie dawał o sobie zapomnieć. Ziemia cmentarza przypominała o tym, kto w niej spoczywa. Podczas kolejnych pochówków wykopywano kawałki kości żołnierzy, a także metalowe tabliczki nagrobne z niewyraźnymi już napisami osobowymi. Archiwum w Koszalinie - znalezisko pierwszePodczas poszukiwania w Archiwum Państwowym w Koszalinie nazwisk byłych jeńców Stalagu II B Hammerstein w Czarnem wśród dokumentów dotyczących tego obozu znalazła się kartka ze schematem, na którym widoczne były rzędy prostokącików stanowiące plan cmentarza jenieckiego. Nie był to jednak cmentarz w Czarnem, lecz właśnie nieistniejący już cmentarz w Bytowie. Co ciekawe, z kolejnych dokumentów znalezionych w innych teczkach koszalińskiego archiwum wynika, że cmentarz niemal od początku przejęcia władzy w Bytowie przez Polskę był miejscem troski ówczesnych władz lokalnych. Pismo z 6 lutego 1947 roku, podpisane przez wicestarostę J. Kłodnickiego i wysłane do Wydziału Odbudowy Urzędu Wojewódzkiego w Szczecinie stwierdza, że cmentarz był zadbany i utrzymywany przez Zarząd Miejski w Bytowie i że na jego terenie nie było żadnych nowych pochówków. W piśmie skierowanym do Wojewódzkiego Zarządu Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Koszalinie z 27 lutego 1957 roku starszy inspektor gospodarki komunalnej i mieszkaniowej w Bytowie Mieczysław Wilniewiec informował swoich przełożonych, że na terenie Bytowa znajduje się cmentarz jeńców wojennych, który jest niezaewidencjonowany. Ponadto napisał, że "w roku bieżącym został przewidziany w budżecie kredyt na kapitalny remont tegoż cmentarza w wysokości 30 000 zł., z której to kwoty zamierza wykonać się ogrodzenie cmentarza oraz konserwację grobów".Plan cmentarza częściowo potwierdzał dotychczasową wiedzę na temat tej nekropolii, ale także wniósł poważne korekty. Po ich uwzględnieniu powstał nieco dokładniejszy jego ciągnął się wzdłuż ogrodzenia dawnej siedziby bytowskiego PKS, tego samego, które oddziela dzisiejszy cmentarz Komunalny od ul. Słonecznej. Wejście stanowiła brama, umiejscowiona w tym samym miejscu co dziś. Na jej betonowych słupach (nadal istnieją) przymocowany był szyld informujący, że jest to cmentarz rosyjskich jeńców wojennych. Na nim, nad napisem, namalowany był prawosławny krzyż. Groby układały się w trzy rzędy. Wszystkie miały swój numer. Było ich 288. Okazało się jednak, że w niektórych grobach spoczywało po dwóch zmarłych. Takich grobów było 14. Wynika stąd, że liczba pochowanych żołnierzy armii rosyjskiej wynosiła 302 osoby. Groby nie były obudowane - były to typowe ziemne kopczyki. O tym, kto jest w nich pochowany, informowały prostokątne metalowe białe tabliczki z danymi osobowymi żołnierza. Czy wszystkich pochowanych na tym cmentarzu tak wyszczególniono? Tego, niestety, nie wiadomo. Faktem jest, że groby nr 215 i 222 były bezimienne. Znalezisko drugie - listaW związku z tym że w czasach, kiedy istniał cmentarz, sukcesywnie odnawiano napisy na nagrobnych tabliczkach, istniało przekonanie, że listy nazwisk gdzieś są. Poszukiwania ich trwały wiele lat. Kierowane wówczas do urzędów prośby, osobiste wizyty, telefony nie odniosły skutku. Wiele wysiłku w odnalezienie żołnierskich nazwisk włożyli były wychowanek PDDz w Bytowie Mieczysław Zamara i śp. Piotr Cielecki z bytowskiego muzeum, jednak ich starania nie przyniosły efektów. W końcu z pomocą przyszedł los. Otóż do odnalezionego w Archiwum Państwowym w Koszalinie schematu cmentarza załączona była pełna lista 300 nazwisk z dwoma NN. Nazwiska napisano w brzmieniu fonetycznym, z licznymi germanizmami, co potwierdziło przypuszczenie, że to Niemcy wykonali taką listę. Wstępna analiza brzmień nazwisk wskazuje, że wśród pogrzebanych na bytowskim cmentarzu carskich żołnierzy na pewno było kilkudziesięciu Polaków. To, że byli tam Polacy, potęguje wrażenie nietaktu moralnego, jaki popełniono pod koniec lat 80. XX w. Należy też wspomnieć o grobach jeńców pochodzenia żydowskiego, które mimo że przetrwały nietknięte nie tylko barbarzyńską Noc Kryształową, ale i okres późniejszy, zostały też razem z cmentarzem unicestwione. Były to chyba jedyne zachowane pamiątki żydowskie w Bytowie. Jak wynika z listy nazwisk, żołnierzy pochodzenia żydowskiego mogło być listy nazwisk żołnierzy jeńców wojennych pochowanych na miejscowym cmentarzu wojennym stwarza możliwość małego zadośćuczynienia. Taką szansę daje konstrukcja pomnika. Na jego pustych ścianach można umieścić nazwiska wszystkich jeńców pochowanych w pomnik to zabytek?Centralnym, zarazem najważniejszym obiektem cmentarza był istniejący do czasów obecnych pomnik upamiętniający zmarłych żołnierzy. Został on postawiony dzięki staraniom emigrantów rosyjskich, którzy w okresie międzywojennym stanowili w Niemczech dość pokaźną, wielotysięczną społeczność. Wykonawcą był M. Wach z Berlina-Wilmersdorf. Po symbolice pomnika widać, że żołnierze armii carskiej często różnili się światopoglądem. Świadczą o tym istniejące do dziś symbole religijne umieszczone przy betonowym wieńcu na szczycie pomnika. Mahometański półksiężyc, krzyż łaciński, krzyż prawosławny. Możliwe, że była też symbolizująca Żydów gwiazda Dawida. Niektórzy, przyglądając się dokładnie temu miejscu, widzą jej obrys. Ponoć w środku wieńca stał duży krzyż. Na szczytowej ścianie umieszczony został wykonany cyrylicą napis "1914-1916 RUSKIJE WOJENNO PLENNYJE SWOIM TOWARISZCZAM", co znaczy "1914-1916 rosyjscy jeńcy wojenni swoim towarzyszom". Oczywiście słowo "towarzysz" nie odnosi się do komunistów. Materiały dotyczące cmentarzy w Bytowie znajdują się także w siedzibie konserwatora zabytków w Słupsku. Wykonane są starannie, czytelnie. Niestety, nie uwzględniają wielu obiektów, np. tych z cmentarza na ulicy Pochyłej czy przy cerkwi św. Jerzego, mimo że istniały jeszcze w latach 70. XX w. Na szczęście jest możliwość uzupełnienia tych braków, lecz wymaga to czasu, gdyż w bytowskim muzeum przechowywane są tysiące negatywów zdjęć wykonanych przez p. Bieńkowskiego i na pewno są wśród nich fotografie bytowskich nekropolii. Jak się okazało, na udostępnionym w Słupsku planie bytowskiego cmentarza przy ulicy Gdańskiej nie ma śladu po cmentarzu jenieckim, nie uwzględniono również pomnika. Wynika stąd, że do 25 lipca 2012 roku pomnik ten nie widniał jako zabytek! Czyżby komuś zależało na usunięciu go? Co ciekawe, wiele starych grobów oraz mogił osób wielce zasłużonych dla regionu również nie zostało w dokumentacji konserwatorskiej wyszczególnionych. Szkoda, że także nie wykazano tam nagrobków interesujących pod względem oryginalności wyglądu i wykonania. Trudno nie oprzeć się myśli, że kiedyś komuś zależało, żeby wraz z cmentarzem zniknął pomnik. Na szczęście ocalał i jest także wykazywany w internecie jako bytowska ciekawostka. Przypadkiem ocalała też jedna mogiła oznakowana tabliczką, szczęśliwie znalazła się między dwoma nowymi grobami. We Wszystkich Świętych na pomniku kolejne pokolenia zapalają znicze. Drukuj Powrót do artykułu19 listopada 2009 | 13:36 | ts (KAI/KNA) / kw Ⓒ ⓅKościół katolicki w Niemczech otworzył proces beatyfikacyjny ks. Franza Stocka (1904-1948), duszpasterza jeńców Mszy św. z tej okazji przewodniczył 15 listopada w Arnsberg-Neheim, rodzinnej miejscowości ks. Stocka, arcybiskup Paderborn Franz-Josef urodzony 21 września 1904 w. Neheim w Zagłębiu Saary, jest jednym z pionierów porozumienia niemiecko-francuskiego. Od 1934 r. aż do wybuchu wojny prowadził niemieckojęzyczną parafię w Paryżu. W czasie okupacji niemieckiej w więzieniach Paryża sprawował duchową opiekę nad dwoma tysiącami skazanych na śmierć: członkami francuskiego ruchu oporu, Żydami i żołnierzami niemieckimi. Pocieszał ich, potajemnie utrzymywał kontakty z ich rodzinami, przenosił żywność i wiadomości do cel więźniów. Francuzi nazywali ks. Stocka „duszpasterzem piekła”, który – jak mówił prezydent Sarkozy – „dawał nikły promyk nadziei zimnej mechanice egzekucji”.Do pracy wśród skazańców ks. Stock zgłosił się dobrowolnie, gdy w 1940 r. hitlerowcy zabronili dostępu do nich księżom francuskim. Kapłan spowiadał, udzielał ostatnich sakramentów, a skazańcom żydowskim czytał Stary Testament. Często udzielał też ostrzeżeń działaczom ruchu oporu. „Jego dziennik oraz listy z tamtego okresu stanowią wstrząsający dokument przeciwnika wojny” – napisała niemiecka agencja katolicka KNA. „Często myślę, że nie mogę już zrobić niczego więcej. To, co tu przeżywam, jest tak okrutne, że nie pozwala mi zasnąć” – pisał duchowny do swego przyjaciela w 1942 wyzwoleniu Paryża 28 sierpnia 1944 r., duszpasterz skazanych sam dostał się do niewoli. Jednak i tam nie pozostawał bezczynny: w Orleanie, a później w Chartres wraz z księżmi francuskimi założył tzw. „seminarium za drutami kolczastymi”. Ponad tysiąc niemieckojęzycznych księży i seminarzystów uczyło się tam wspólnie w obozie jenieckim i przygotowywało do przyszłych zajęć w nowej Europie. Ponad 500 z nich zostało księżmi. „Seminarium przyniosło sławę zarówno Francji, jak i Niemcom” – mówił zwiedzając Le Coudray nuncjusz apostolski Angelo Roncalli, późniejszy papież Jan XXIII. Podkreślił wówczas, że to miejsce zasłużyło sobie na to, by stać się „znakiem pojednania”, a ks. Stock – „to nie nazwisko, lecz program”.Zapomniany i osamotniony ks. Stock zmarł w Paryżu 24 lutego 1948 r. w wieku 43 lat. Przyczyną śmierci była przewlekła choroba serca. Niewiele brakowało, a zostałby pochowany w zbiorowej mogile. Jednak już w lipcu 1949 r. w Paryżu oddano po raz pierwszy publicznie hołd zmarłemu kapłanowi i podkreślono jego znaczenie dla pojednania i porozumienia. W 1963 r. jego doczesne szczątki przeniesiono z Paryża do maju 2005 r. na terenie byłego obozu dla jeńców wojennych Le Coudray, w pobliżu słynnej gotyckiej katedry we francuskim Chartres, został położony kamień węgielny pod budowę Europejskiego Centrum Spotkań im. Franza Stocka. Obok upamiętnienia ks. Stocka, centrum ma przekazywać ducha pojednania w okazji budowy jest też prowadzona renowacja kompleksu obozowego, a zwłaszcza kaplicy „seminarium za drutami kolczastymi”. Kaplica, w której freski malował sam Stock, jest zarejestrowana jako zabytek i znajduje się pod ochroną. Europejskie Centrum Spotkań jest budowane z myślą przede wszystkim o uczniach i młodzieży; zdaniem organizatorów, ma ono im przybliżyć myśl europejską i motywy pojednania niemiecko-francuskiego. Ponadto odbywać się tam będą imprezy kulturalne niemiecko-francuskie oraz kongresy naukowe poświęcone problematyce pokoju i rozwoju społecznego. W skład projektu wchodzi też fundacja Europejskiej Nagrody im. Franza Stocka, pielgrzymki oraz stała wystawa poświęcona działalności niemieckiego uroczystej Mszy św., w trakcie której arcybiskup Paderborn ogłosił otwarcie procesu beatyfikacyjnego ks. Stocka, przy grobie ks. Stocka w Chartres Mszę św. sprawował francuski biskup Michel Pansard. Był to „duchowy most”, który połączył niemieckie Neheim, miejsce urodzenia ks. Stocka i francuskie Chartres, miejsce jego Czytelniku,cieszymy się, że odwiedzasz nasz portal. Jesteśmy tu dla Ciebie! Każdego dnia publikujemy najważniejsze informacje z życia Kościoła w Polsce i na świecie. Jednak bez Twojej pomocy sprostanie temu zadaniu będzie coraz prosimy Cię o wsparcie portalu za pośrednictwem serwisu Patronite. Dzięki Tobie będziemy mogli realizować naszą misję. Więcej informacji znajdziesz tutaj. Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Możesz określić warunki przechowywania cookies na Twoim urządzeniu za pomocą ustawień przeglądarki internetowej. Administratorem danych osobowych użytkowników Serwisu jest Katolicka Agencja Informacyjna sp. z z siedzibą w Warszawie (KAI). Dane osobowe przetwarzamy w celu wykonania umowy pomiędzy KAI a użytkownikiem Serwisu, wypełnienia obowiązków prawnych ciążących na Administratorze, a także w celach kontaktowych i marketingowych. Masz prawo dostępu do treści swoich danych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, wniesienia sprzeciwu, a także prawo do przenoszenia danych. Szczegóły w naszej Polityce prywatności. Oddział Muzeum Poczty Polskiej w Gdańsku Zaprasza na wystawę filatelistyczną: KORESPONDENCJA POLSKICH JEŃCÓW WOJENNYCH W NIEWOLI WEHRMACHTU W LATACH 1939 – 1945. Ze zbiorów Centralnego Muzeum Jeńców Wojennych w Łambinowicach – Opole,Pierwszymi jeńcami, którzy po wybuchu II wojny światowej trafili do niewoli niemieckiej, byli żołnierze polscy. Podczas kampanii wrześniowej 1939 r. dostało się do niewoli niemieckiej od 420 do 500 tysięcy jeńców. Przebywali oni w niewoli najdłużej, bo od jesieni 1939 r. do wiosny 1945 r. W tym czasie w niewoli znaleźli się; żołnierze polscy walczący we Francji, Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie oraz żołnierze I Armii Wojska Polskiego. Ostatnią grupę stanowili Powstańcy wiadomości o pobycie w niewoli pochodzą z obozów przejściowych (dulagów) .wysyłanie wiadomości wcześniejszych z punktów zbornych, było praktycznie niemożliwe. Zdarzały się jedynie sporadyczne okazje do przekazania wiadomości na trasie przewozu lub przemarszu, w czasie krótkich , zabronionych kontaktów z ludnością cywilną. Żołnierze polscy wzięci do niewoli w pierwszej połowie września 1939 r. przewożeni byli z reguły do obozów przejściowych na terenie Rzeszy, skąd trafiali do obozów stałych —stalagów i oflagów. W obozach tych z reguły umożliwiano jeńcom wysyłanie do rodzin zawiadomień o dostaniu się do niewoli niemieckiej , informacji o stanie zdrowia. Po pierwszej rejestracji w obozie jeniec otrzymywał specjalny druk karty pocztowej z napisem w języku niemieckim i w polskim tłumaczeniu: "Jestem zdrowy - lekko ranny - dostałem się do niewoli niemieckiej jako jeniec wojenny i czuję się dobrze... Poza nazwiskiem, stopniem, jednostką nic nie podawać. Wyraźne pismo i podpis". Później dostarczono jeńcom specjalne druki kart PCK z formułą: "Jestem zdrów (ranny, chory), znajduję się w obozie jeńców wojennych (szpitalu) w........ Podpis". Korespondencja ta przekazywana z obozów do oddziałów PCK trafiała do rodzin obsługa pocztowa w obozach jenieckich wprowadzana była stopniowo, w zależności od możliwości organizacyjnych tworzonych obozów. Jedną z pierwszych korespondencji wysyłanych z obozu stałego był druk listowy wypełniony przez jeńca w Oflagu XA Itzehoe, opatrzony datą r. i wysłany do Wenecji. W ślad za pierwszymi zawiadomieniami o pobycie w obozie jeńcy mogli wkrótce wysyłać do rodzin dalszą korespondencję, początkowo głównie na przydzielanych im raz na tydzień kartach pocztowych, a następnie na drukach kart przeznaczonych wyłącznie do korespondencji jeńców wojennych (Kriegsgefangenenpost - Post - kartę), a także na składanych drukach listowych (Faltbriefe). Zawierały one odpowiednio 7 lub 25 linijek przeznaczonych na treść. Były drukowane na białym kredowym papierze aby zawsze pozostawał ślad przyborów piszących. Uniemożliwiało to piszącym używanie tzw. atramentów sympatycznych (niewidocznych). Można było pisać tylko zwykłym kopiowym ołówkiem, czytelnie i bez skrótów. Od czerwca 1940 r. do druków listowych wprowadzono dodatkową część przeznaczoną na odpowiedź. Był to ujednolicony formularz listowy również na papierze kredowym, zawierający w części przeznaczonej na korespondencję 21 linii, na których należało zamieścić treść. Najwcześniejszy druk tego typu pochodzi z Oflagu II A Prenzlau i nadany został 1939 r. Druki te były używane aż do końca ta stanowi treść niniejszej wystawy wypożyczonej z Centralnego Muzeum Jeńców Wojennych w Łambinowicach —Opolu pt. „Korespondencja polskich jeńców wojennych w niewoli Wehrmachtu w latach 1939 - 1945".Na wystawie prezentowane są : karty pocztowe (wychodzące z obozów i przychodzące z zewnątrz), listy (wysyłane z obozów i kierowane do jeńców), przekazy pocztowe (pieniężne, adresy pocztowe, nalepki na paczki)Eksponowana na wystawie korespondencja jest zróżnicowana. Różnice występują w rodzajach formularzy, stemplach cenzury obozowej, dodatkowych stemplach informacyjnych cenzury lub służby pocztowej. W końcowym fragmencie wystawy zamieszczono korespondencję z obozów jenieckich specjalnych, np. obozów karnych. Organizacja obsługi pocztowej jeńców wojennych obejmowała zbieranie przesyłek pocztowych wysyłanych przez jeńców z obozów oraz doręczanie przesyłek nadchodzących do jeńców z zewnątrz .W pierwszym okresie wojny, w latach 1939 - 1940 lokalizacja obozów jenieckich stanowiła tajemnicę wojskową. Dotyczyło to również korespondencji jenieckiej. Adres jeńca zawierał wówczas tylko rodzaj i numer obozu podany szyfrowo bez jego lokalizacji. Zgodnie z postanowieniem Konwencji Genewskiej z 27. VII. 1929 r. do obrotu pocztowego dopuszczono następujące przesyłki jenieckie : karty pocztowe, listy, paczki i przekazy pocztowe. Przesyłki te zwalniano od opłat pocztowych umieszczając na stronie adresowej napisy : „Kriegsgefangenenpost" (poczta jeniecka) lub „Kriegsgefangensendung" (przesyłka jeniecka).W pełnym zakresie obsługa pocztowa jeńców dotyczyła stalagów i oflagów ; nie obejmowała punktów zbornych i dulagów, z których można było wysyłać tylko krótkie zawiadomienie o wzięciu do niewoli bez możliwości otrzymania odpowiedzi. Korespondencja jeniecka podlegała kontroli przez cenzurę, którą tworzyli urzędnicy niemieckiej administracji obozowej. Oprócz urzędników wojskowych i cywilnych funkcję cenzorów pełnili również pozyskani do służby niemieckiej ukraińscy nacjonaliści lub folksdojcze. Fakt przeprowadzenia cenzury był oznaczony na każdej przesyłce i liście pieczątką opatrzoną napisem „Gepfrut" (sprawdzono). Często oprócz pieczątki obozowej kontroli widniała na korespondencji okrągła pieczęć komendy obozu. Był to znak dodatkowej wyrywkowej kontroli. Miał on na celu sprawdzenie prawidłowości pracy cenzorów, oraz wykrywanie tajnych kontaktów jeńców z ośrodkami w kraju i za granicą, a także sondowanie nastrojów panujących wśród jeńców. Interwencja cenzury wyrażała się poprzez zamazywanie w korespondencji jenieckiej wyrazów i całych zdań, jak również mszczenie listów, jeżeli zwierały one informacje naruszające tajemnice obozowe lub wojenne. Korespondencję zawierającą informacje o racjach żywnościowych jeńców konfiskowano, a jeńców pociągano do przesyłek adresowanych do jeńców, jak i zbieraniem korespondencji do wysyłki zajmowali się w obozach łącznicy pocztowi wybierani spośród jeńców. Jeńcy zatrudnieni w oddziałach roboczych wysyłali listy za pośrednictwem obozu macierzystego. Korespondencję przekazywał wówczas mąż zaufania wybrany spośród jeńców niemieckiemu dowódcy oddziału wartowniczego, a ten odsyłał ją cenzurze w obozie macierzystym. Korespondencja do jenieckich oddziałów roboczych trafiała tą samą drogą. Prowadzenie korespondencji przez jeńców miało dla nich duże znaczenie moralne, umożliwiało bowiem kontakt z rodziną i światem zewnętrznym. Archiwum Państwowe w Szczecinie Robotnicy przymusowi w czasie drugiej wojny światowej Podczas drugiej wojny światowej gospodarka niemiecka odczuwała coraz ostrzejszy deficyt siły roboczej. Był on spowodowany mobilizacją i wysyłaniem na front wielu milionów mężczyzn oraz rozbudową zakładów produkujących na potrzeby armii. Rezerwuarem taniej siły roboczej dla gospodarki niemieckiej stały się obszary okupowanej Europy, z których werbowano robotników przymusowych. Najwcześniej zaczęto wykorzystywać do pracy polskich jeńców wojennych. Z ziem włączonych do III Rzeszy już jesienią 1939 r., wraz z akcją wysiedlania Polaków do Generalnego Gubernatorstwa, zaczęły się wywózki na roboty. Do jesieni 1944 r. z Kraju Warty zostało wywiezionych ponad 650 tys. osób, czyli przeszło 10% ogółu polskich mieszkańców. Około 60 tys. z nich zmarło lub zostało zwolnionych ze względu na stan zdrowia. Od 1940 r. władze hitlerowskie rozpoczęły przymusowy nabór do pracy również na obszarze Generalnego Gubernatorstwa. Już w październiku 1939 r. zostało wydane rozporządzenie wprowadzające obowiązek pracy dla ludności Generalnego Gubernatorstwa w wieku od 18 do 60 lat (w grudniu dolna granica wieku została obniżona do 14 roku życia). Początkowo Niemcy liczyli, że uda im się zachęcić Polaków do dobrowolnych wyjazdów do pracy w Rzeszy. Okazało się jednak, że nie ma wielu chętnych, dlatego zaczęto stosować różne formy przymusu. Urzędy Pracy (Arbeitsamt) na terenie Generalnego Gubernatorstwa zaczęły wysyłać imienne wezwania do stawienia się w punktach zbiorczych. Za odmowę groziły surowe kary, łącznie z wywiezieniem na roboty całej rodziny. Drugim sposobem pozyskiwania robotników były łapanki organizowane na ulicach miast, targowiskach, a nawet w kawiarniach czy pociągach. Z wywózki mogły być zwolnione jedynie osoby, które mogły udowodnić, że są zatrudnione w przedsiębiorstwach i instytucjach pracujących na potrzeby Rzeszy. Wielu Polaków próbowało zdobyć w sposób nielegalny takie zaświadczenia, ale z biegiem czasu było to coraz trudniejsze. Schwytani w łapankach próbowali uciekać z pociągów lub wykupywać się przy pomocy łapówek. Liczba łapanek jednak rosła, zwłaszcza po agresji niemieckiej na Związek Radziecki. Z okupowanych terenów ZSRR wywożono Polaków, Rosjan, Ukraińców, Litwinów oraz przedstawicieli wielu innych narodowości. Robotnikami przymusowymi w III Rzeszy byli też obywatele państw zachodnich podbitych przez Hitlera – głównie Francuzi, Belgowie, Holendrzy. Polacy stanowili jednak najliczniejszą grupę cudzoziemskich robotników zatrudnionych w czasie drugiej wojny światowej w niemieckiej gospodarce. Dokumenty polskich robotników przymusowych Już w pierwszym roku okupacji zostało wywiezionych około 350 tys. osób, z których zdecydowana większość została skierowana do pracy w rolnictwie. Pozostałych zatrudniono w różnych gałęziach przemysłu. Liczbę tą należy jednak uzupełnić o około 300 tys. polskich jeńców wojennych, którzy również zostali przymusowo zatrudnieni. W kolejnych latach liczba osób wywożonych na roboty do Rzeszy stale rosła. Według różnych szacunków do końca wojny wywieziono od 2,5 do 3,5 miliona osób posiadających w 1939 r. polskie obywatelstwo. Łącznie na potrzeby niemieckiej gospodarki pracowało około 12 milionów robotników cudzoziemskich z całej okupowanej Europy. Polacy byli też zatrudniani przymusowo na terenie Generalnego Gubernatorstwa w przedsiębiorstwach ważnych dla gospodarki niemieckiej, głównie w ramach Służby Budowlanej (Baudienst). Pracowali przy budowie dróg i linii kolejowych oraz umocnień i fortyfikacji, a także w przemyśle zbrojeniowym. Warunki pracy robotników przymusowych zależały od wielu czynników. W najtrudniejszym położeniu były osoby zatrudnione w fabrykach zbrojeniowych, a w stosunkowo najlepszym w gospodarstwach rolnych. Wszędzie jednak decydujące znaczenie miała postawa pracodawcy lub bezpośredniego nadzorcy. Polacy byli traktowani znacznie gorzej i mieli bardziej ograniczone prawa niż robotnicy z zachodniej Europy. Najgorzej natomiast byli traktowani robotnicy z terenów wschodnich, czyli z okupowanych obszarów ZSRR (tzw. Ostarbeiter). Zarówno warunki pracy, wysokość wynagrodzenia, jak również relacje pomiędzy Niemcami a robotnikami przymusowymi były regulowane przez szereg specjalnych zarządzeń. Polaków nie obejmowały niemieckie przepisy prawa pracy, otrzymywali niższe wynagrodzenie niż Niemcy lub robotnicy z krajów zachodnich, nie mieli prawa opuszczania miejsca pobytu bez specjalnego zezwolenia. Obowiązywał ich też zakaz korzystania z publicznych środków transportu, chodzenia do kin czy restauracji, a nawet nie mogli bez zezwolenia uczestniczyć w nabożeństwach. Kobiety wykonywały takie same prace, jak mężczyźni. Jeżeli Polka urodziła dziecko, to zazwyczaj po kilku dniach musiała wrócić do pracy. Na czas pracy matki dzieci były oddawane do niemieckich żłobków, gdzie często były celowo głodzone, co prowadziło do ogromnej śmiertelności niemowląt. Kartki z pamiętnika robotnicy przymusowej Walentyny Walkowiak Polscy robotnicy przymusowi musieli obowiązkowo nosić przyszyty do ubrania znak z literą „P”, a jego brak był surowo karany. Za zaniedbania czy opóźnienia w wykonywanej pracy bądź złamanie obowiązujących przepisów karano wysłaniem do przypominających obóz koncentracyjny obozów pracy wychowawczej. Natomiast kontakty seksualne z Niemcami były karane śmiercią. Znak obowiązkowo przyszywany do odzieży przez polskich robotników przymusowych. Źródło: Na terenie obecnego Pomorza Zachodniego w czasie drugiej wojny światowej pracowało kilkuset polskich robotników przymusowych. Ze względu na rolniczy charakter regionu, większość z nich została zatrudniona w rolnictwie, ale kilkadziesiąt tysięcy pracowało w Szczecinie i Policach – był to największy na Pomorzu Zachodnim kompleks obozów pracy przymusowej (ok. 150 obozów). Obozy pracy przymusowej dla robotników cudzoziemskich w Szczecinie (1939–1945). Opracował Tomasz Ślepowroński Praca przymusowa i niewolnicza na rzecz III Rzeszy przyniosła gospodarce niemieckiej ogromne korzyści oraz w znacznym stopniu umożliwiała prowadzenie działań wojennych. Stanowiła też ważne narzędzie niemieckiej polityki narodowościowej, miała bowiem na celu biologiczne wyniszczenie narodów podbitych, zwłaszcza słowiańskich. W 1992 r. i po 2001 r. rząd niemiecki przekazał na jednorazowe wypłaty dla byłych polskich robotników przymusowych i niewolniczych sumę ok. 2,3 mld marek. Stanowi ona symboliczną rekompensatę za doznane przez nich krzywdy. Kolumna robotnikow przymusowych prowadzonych do pracy. Fotografia za zbiorow Bogdana Frankiewicza MATERIAŁY DYDAKTYCZNE Zadanie 1. Instrukcja dla Polaków wywożonych na roboty Wymień zakazy obowiązujące polskich robotników przymusowych. Czym groziło nieprzestrzeganie tych zakazów? Przeczytaj uważnie punkt 9. Jak sądzisz, dlaczego władze hitlerowskie twierdziły, że przyjazd na roboty do Rzeszy był dobrowolny? Zadanie 2. Fragmenty wspomnień polskich robotników przymusowych zatrudnionych w czasie drugiej wojny światowej na Pomorzu Zachodnim Na podstawie poniższych fragmentów wspomnień scharakteryzuj: okoliczności, w jakich zostali wywiezieni na roboty przymusowe, warunki, w jakich mieszkali, warunki, w jakich pracowali, postawy polskich robotników przymusowych wobec Niemców, postawy Niemców wobec polskich robotników przymusowych. 2. Jakie ważne przeżycia związane z pobytem na robotach wspominają te osoby? Jak sądzisz, dlaczego akurat te wydarzenia były dla nich ważne? 1. Mieczysław Karbowski [rękopis] [transkrypcja] 2. Walentyn Kolber [maszynopis] 3. Walentyna Walkowiak [nagranie audio] 4. Mieczysław Górski [nagranie video] Teksty źródłowe pochodzą z zasobu Archiwum Państwowego w Szczecinie. Dokumenty ze zbioru B. Frankiewicza (1923–2003). Nagrania zrealizowane w ramach projektu „Praca przymusowa na Pomorzu Zachodnim w latach 1939–1945”. Zadanie 3. Dowiedz się, czy w Twojej rodzinie była osoba, która została wywieziona na roboty przymusowe. Dowiedz się, jaki był jej los. MATERIAŁY DODATKOWE Bibliografia Podstawowe pojęcia Wskazówka dla nauczycieli: Zagadnienie dotyczące robotników przymusowych może zostać zrealizowane jako samodzielny temat bądź uzupełnienie problematyki dotyczącej sytuacji narodu polskiego pod dwiema okupacjami (IV etap edukacyjny – zakres podstawowy, punkt lub zakres rozszerzony, punkt Oprac. dr hab. Małgorzata Machałek Data publikacji 18 lutego 2015 Kiedy przed dwoma laty w Niemczech pokazano wystawę obrazującą wehrmachtowskie zbrodnie, wielu mieszkańców tego kraju nie mogło uwierzyć - przecież ich armia była rycerska GRAŻYNA STARZAKGRAŻYNA STARZAKKiedy przed dwoma laty w Niemczech pokazano wystawę obrazującą wehrmachtowskie zbrodnie, wielu mieszkańców tego kraju nie mogło uwierzyć - przecież ich armia była rycerska Zbrodnie, jakich dopuścili się we wrześniu 1939 r. na polskich ziemiach żołnierze Wehrmachtu, nie były dotąd przedmiotem zbyt szczegółowych badań historyków. Sporo mówiono i pisano o gestapo, Sipo, SS, formacjach uznanych za zbrodnicze, odpowiedzialnych za zagładę Żydów, Cyganów, masowe wysiedlenia, egzekucje i pacyfikacje. Natomiast poczynania Wehrmachtu, przez który w czasie II wojny światowej przewinęło się blisko 20 mln żołnierzy, doczekały się niewielu publikacji. Zwłaszcza w Niemczech panowała zmowa milczenia. - Niemcy za wszelką cenę chcieli ochronić mit_ "rycerskiego Wehrmachtu" -_ mówi Ryszard Kotarba, historyk z Krakowa, pracownik Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Zdaniem krakowskiego historyka, należy pamiętać o podejmowanych z premedytacją i stanowiących formę odwetu lub próbę zastraszenia ludności cywilnej akcjach żołnierzy Wehrmachtu. Pamiętać i odróżniać je od tych przypadków, które wynikały z samej istoty wojny... W wyjątkowo bezwzględny sposóbniemieccy żołnierze rozprawili się z mieszkańcami Świniarska, wsi odległej o ok. 7 km od Nowego Sącza. Pierwszy patrol niemiecki pojawił się tam 5 września 1939 r., o trzeciej po południu. W godzinę później, szosą od Podrzecza, zaczęły nadciągać regularne oddziały. Maria Osińska, jedna z mieszkanek Świniarska, przenosiła w tym czasie towar ze swojego sklepu do zakładu pomp, żeby ukryć go przed rabunkiem. - Przechodząc, słyszałam świst kul. W pewnym momencie zauważyłam jak Niemcy niosą jednego ze swoich na noszach do karetki Czerwonego Krzyża. Potem rozbiegli się po okolicy, sądząc, że strzał padł z pobliskich domów - czytamy w zeznaniach Osińskiej z 1949 roku. - Widziałam, jak jeden z żołnierzy niemieckich wszedł do domu Józefa Wołka. W tym momencie z tego domu wyszedł syn Wołka, niemowa, niedorozwinięty umysłowo, który pogroził żołnierzowi niemieckiemu pięścią. On mu groził, bo zobaczył, że koń żołnierza jadł ich siano. Niemiec wyciągnął rewolwer i strzelił do młodego Wołka raniąc go śmiertelnie. Ten żołnierz musiał sobie zdawać sprawę, że Wołek był chorym człowiekiem. To można było odgadnąć po matołkowatym spojrzeniu i olbrzymich wolach tego chłopca. Następnego dnia, idąc do domu nakarmić świnie ze stacji pomp, gdzie się ukryłam, zobaczyłam, że Niemcy strzelają do uciekającego przez pola starego Wołka. Gdy upadł, dobili go kolbą. Tego samego dnia wieczorem znów szłam drogą ze stacji pomp do domu. Pod pomnikiem Grunwaldzkim w Świniarsku, zobaczyłamciała siedmiu zabitych to sami starcy. Jeden z nich zupełnie ociemniały. W Świniarsku, w chwili wkroczenia wojsk niemieckich, byli tylko starzy lub ułomni mężczyźni. Wszyscy inni, nawet 14-letni chłopcy, uciekli. Niemcy rozstrzelali w sumie 17 ludzi. Podpalili kilkanaście domów. - Wiele do dzisiaj niewyjaśnionych przyczyn złożyło się na tragiczne wydarzenia we wsi Świniarsko - komentuje zeznania Osińskiej Ryszard Kotarba. - Świadkowie podają, że przyczyną mogły być skargi miejscowych Niemców (bo to są tereny dawnego osadnictwa niemieckiego) wysiedlonych w przededniu wojny. Był jeszcze jeden czynnik, który zaważył na wydarzeniach. Niemcy natknęli się na pomnik, ufundowany przez mieszkańców Świniarska z okazji 500. rocznicy bitwy pod Grunwaldem. Egzekucja dokonana pod pomnikiem miała zapewne dla nich symboliczne znaczenie... Z akt 376 śledztw, prowadzonych w latach 1965-99 przez Okręgową Komisję Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Krakowie wynika, że pomimo zapewnienia dowódcy niemieckich wojsk lądowych, iż "ludność cywilna nie będzie uważana za wroga, a normy prawa międzynarodowego będą szanowane", żołnierze Wehrmachtu na początku wojny dopuścili się wielu zbrodni. Ofiarami byli głównie mieszkańcy wsi. Wiek ofiar wahał się od 11 do 90 lat. W wielu wypadkach zbrodniom towarzyszyło katowanie ofiar, bicie kolbami karabinów itp. Jak wynika z zeznań świadków, żołnierze niemieccystrzelali do Polakówwprost z jadącego samochodu (tak było np. we wsi Stadła), z karabinu maszynowego ustawionego na motocyklu (Charsznica). Wyciągano z łóżek obłożnie chorych (Iwanowice), rannych dobijano bagnetami (Brzyna). - Rzadko były to indywidualne występki poszczególnych żołnierzy, zwykle zbrodni tych dokonywano na rozkaz oficerów - mówi R. Kotarba. Wehrmacht dopuszczał się też zbrodni na jeńcach wojennych, a największą z nich na terenie woj. krakowskiego była masakra w Szczucinie, 12 września 1939 r. Spowodował ją incydent, jaki rozegrał się pomiędzy zarządzającym tamtejszym szpitalem polowym niemieckim podoficerem a polskim oficerem żądającym w imieniu jeńców poprawienia warunków bytowych w obozie. Przedstawiciel polskich jeńców, obrażony przez Niemca słownie i czynnie, zastrzelił go z leżącego na stole pistoletu, a potem popełnił samobójstwo. W odwecie Niemcy spędzili wszystkich jeńców na dziedziniec szkoły, w której mieścił się obóz, ostrzelali ich, a budynek obrzucili granatami. Od kul i w płomieniach zginęło 40 jeńców i 30 cywilów. Ofiarami tej masakry stało się także 25 Żydów, sprowadzonych do grzebania zwłok, a następnie rozstrzelanych. Niemcy brali wielu jeńców. Lokowali ich w szkołach, stodołach. Później zakładali przejściowe obozy jenieckie w wielu miejscowościach woj. krakowskiego. - Krakowska Komisja prowadziła całą serię dochodzeń dotyczących tych obozów, zlokalizowanych w Krakowie-Kobierzynie, w Bronowicach, w Bochni - mówi R. Kotarba. - Przesłuchiwano wielu byłych jeńców, analizowano różne materiały, np. dokumenty PCK. Generalnie nie stwierdziliśmy w obozach przejściowych celowych zbrodni. Największe represjewe wrześniu 1939 r. spotkały mieszkańców okolic przyfrontowych, głównie powiatów: limanowskiego, myślenickiego, nowotarskiego, suskiego, sądeckiego. Nieprzypadkowo tereny największych zbrodni pokrywają się z obszarami najcięższych walk i kierunkiem najważniejszego chyba natarcia niemieckiego (Jabłonka - Jordanów - Myślenice - Dobczyce). Dla przykładu, miejscowość Wysoka, która we wrześniu 1939 r. przechodziła z rąk do rąk, została w dużej części spalona. W Jordanowie, na skutek bombardowań, spłonęło 65 proc. zabudowań. - Zbrodnie, które tam popełniono, wynikały z samego charakteru wojny. Z perspektywy czasu nie można uznać ich za zbrodnie ludobójstwa. W czasie nalotów sowieckich również zginęło wielu cywilów - twierdzi R. Kotarba. Oficjalna lista zbrodni Wehrmachtu nie zamyka całości strat, jakie mieszkańcy ziemi krakowskiej ponieśli we wrześniu 1939 r. - Trzeba pamiętać, że za Wehrmachtem postępowały siły policyjne, osławione grupy operacyjne Sipo i SD (Einsatzgruppe). Na samym końcu grupa SS Brigadeführera B. Streckenbacha - mówi R. Kotarba. - Ich zadaniem była pacyfikacja zajętego terenu, łamanie wszelkiego oporu ludności, aresztowania itd. Owe policyjne "grupy specjalne", podlegające Urzędowi Bezpieczeństwa Rzeszy, przemieszczające się za regularnymi oddziałami wojska i podlegające dowódcom Wehrmachtu, wykonywały egzekucje na Żydach. W Trzebini zabito łącznie 160 osób narodowości żydowskiej, w Sławkowie - 100, w Pawlikowicach - 32. W świetle prawa międzynarodowego odpowiedzialność za te zbrodnie ponosili dowódcy wojskowi, a więc obciążają one również Wehrmacht. Dawni żołnierze Wehrmachtu, bardzo wyczuleni na przypisywanie im zbrodni dokonywanych przez policyjne grupy specjalne, powtarzali: "To nie my". - Jest w tym wiele prawdy - przyznaje R. Kotarba. - Trzeba przyznać, że siły policyjne, jakkolwiek formalnie podległe dowódcom Wehrmachtu, realizowały własną politykę. Żadna ze spraw dotyczących zbrodni popełnionych przez Wehrmacht, prowadzonych przez krakowską Komisję, nie zakończyła się procesem sądowym, pomimo tego, że do Zentrale Stelle w Ludwigsburgu, instytucji zajmującej się gromadzeniem materiałów dotyczących przestępstw wojennych i poszukiwaniem sprawców zbrodni, przesłano z Polski tysiące protokołów przesłuchań świadków i innych dokumentów, obrazujących akty przemocy i terroru. - Dlaczego? Zbrodnie popełnione przez Wehrmacht tłumaczono przeważnie względami "konieczności wojennej"- wyjaśnia R. Kotarba. - Myślę, że tych ludzi celowo ochraniano. Z jednej strony pokazywano demoniczne siły policyjne, i opętanych ideą nazizmu członków "grup specjalnych" - ludzi spod znaku SS, wychowanych na morderców, a z drugiej żołnierzy Wehrmachtu, jakoby przypadkowo wplątanych w tę całą zawieruchę wojenną, tylko wykonujących rozkazy. Zaraz po wojnie przygotowano co prawda kilka pokazowych procesów, ale główni oskarżeni niezbyt długo posiedzieli w odosobnieniu. Von Brauchitsch umarł w więzieniu brytyjskim czekając na rozprawę. Gen. von Manstein, dowódca grupy Armii Południe, działającej na obszarze Małopolski, skazany po wojnie na 18 lat więzienia, w 1953 r. został zwolniony "z pobudek humanitarnych". Dożył 90 lat. Sędziwego wieku doczekał również gen. von List, dowódca 14 armii Wehrmachtu, nacierającej na woj. krakowskie z Górnego Śląska i Słowacji. Von List dostał dożywocie. Zwolniono go w 1952 r. z tych samych powodów co Mansteina. Streckenbacha, dowódcę policji w dystrykcie krakowskim, tuż po zakończeniu działań wojennych złapali sowieci. Siedział chyba 25 lat. Gdyby Rosjanie wiedzieli, kim jest Streckenbach, gdyby go rozpoznali,z pewnością by Republice Federalnej Niemiec sprawa zbrodni Wehrmachtu przez lata praktycznie nie istniała. Ukazywało się mnóstwo wspomnień, relacji z wojny. Odbywały się zjazdy byłych żołnierzy Wehrmachtu. Korzystali oni ze świadczeń przysługujących kombatantom, mieli niezłe renty i emerytury. Zmowa milczenia panująca wokół zbrodni popełnionych przez żołnierzy Wehrmachtu została przerwana dopiero w 1997 r. Historycy niemieccy przygotowali specjalną wystawę, dokumentującą te zbrodnie. Była eksponowana w kilku miastach Niemiec. Zgromadzono na niej setki dokumentów, fotografii pochodzących z żołnierskich albumów. Zdjęcia przedstawiały bardzo drastyczne sceny, np. egzekucji wykonywanych przez żołnierzy Wehrmachtu. Albumów zachowało się bardzo dużo, i w Niemczech, i w Polsce. Niemcy lubili się fotografować... Wystawa wywołała skandal, który naruszył ciszę panującą wokół Wehrmachtu i zachwiał panującym przez lata mitem. Wielu Niemców było oburzonych, wielu nie mogło uwierzyć, że te fotografie są prawdziwe. Przez lata karmiono ich przecież mitem o rycerskim Wehrmachcie... PS. Nazwiska i imiona mieszkańców Świniarska zostały zmienione. Zdjęcia, wcześniej nigdzie nie publikowane, pochodzą z albumu niemieckiego żołnierza. Zostały udostępnione Komisji w Krakowie przez Muzeum Okręgowe w Tarnowie

lista polskich jeńców wojennych w niemczech